Na początku nie chciałem w ogóle pisać o tym, co w ostatnią sobotę działo się podczas wypadu do Western Hill. W końcu naszego bloga mogą czytać osoby o słabych nerwach. Jednak po tym, jak Kasia powiedziała mi jaki wpis na blogu Tomka Kowalskiego cieszy się największą popularnością, postanowiłem opisać sobotnie przygody. W końcu dobra wiadomość, to zła wiadomość

Pojechałem wraz ze znajomymi z Francji – Barbara i Kamal i Ekwadoru – Andres, znaleźć nowe miejsce wspinaczkowe. Nasz wybór padł na Western Hills, miejsce znane z chińskiego przesądu dotyczącego par (już szykuję wpis na temat chińskich przesądów).

W przewodniku napisane było, że po wyjściu z autobusu musimy dojść do wioski, przecisnąć się między budynkami i odnaleźć ścieżkę prowadzącą do skał. Niestety lokalsi nie za bardzo lubili jak wspinacze przełazili przez ogródek, więc przejście zostało zamurowane. Co więc mieliśmy zrobić, zaczęliśmy obchodzić wiochę dookoła. A, że szliśmy cały czas do góry, to była to bardzo dobra rozgrzewka. Kiedy doszliśmy do pierwszego miejsca wspinaczkowego, okazało się, że nie ma spitów. Szkoda, bo miały znajdować się tam najłatwiejsze drogi.

Poszliśmy więc do innego miejsca, gdzie znaleźliśmy już spity. Po szybkim lunchu, poszedłem na pierwszy ogień. Droga była ciekawa i dość wymagająca, dlatego napociłem się zanim dotarłem do ostatniej wpinki, powyżej której czekało na mnie… gniazdo os. Żeby dostać się do stanowiska, musiałem zrobić małego heel-hooka. Niestety, w tym momencie ześlizgnęła mi się stopa i potrąciłem gniazdo. Najpierw zaatakowała mnie jedna osa, żądląc w lewą łydkę. Szybko pozbyłem się intruza, jednak osa w ostatku sił na pewno dała znać swoim towarzyszom, aby odpłacili mi się pięknym za nadobne. No i po chwili już miałem osy we włosach, na szyi czy rękach. Odpędzając od siebie owady, odpadłem od ściany i dałem znać Andresowi, żeby spuścił mnie na dół, drąc się w niebogłosy.

Po chwili byłem na dole, mając nadal kilka os na ramionach i plecach. Barbara ściągnęła mi je jakimś kijem, kiedy ja lekko zataczałem się z bólu, stresu i nadmiaru adrenaliny. Policzyliśmy użądlenia – miałem ich 7: na głowie, policzku, ramionach, szyi i łydce. Wykonałem szybko telefon do Kasi, ustaliliśmy, że w razie czego lepiej pojechać do szpitala, żeby podali mi coś przeciwhistaminowego. O dziwo, mój organizm bardzo dobrze poradził sobie z trucizną – nie byłem nawet spuchnięty, czułem za to dość silny ból.

Ponieważ w drodze do Western Hills zauważyliśmy z Andreasem szpital, postanowiliśmy się tam udać. Szpital wyglądał na lekko wymarły, jakby rodem z okolic Czarnobyla. Jednak po wejściu do środka okazało się, że był bardzo czysty i dobrze przygotowany, jak na chińskie warunki. Od razu nastąpiło lekkie ożywienie – białas potrzebuje pomocy! No i oblegli mnie znachorzy, przynieśli jakieś mazidła śmierdzące amoniakiem i kazali nakładać na użądlone miejsca. Dostałem też kroplówkę z jakimiś prochami, żeby przypadkiem nie zachciało mi się puchnąć. Po godzinie, lżejszy o 18 juanów (taki dostałem rachunek za całość – leki + opieka medyczna) i 5 ekspresów, opuściliśmy Western Hills.

Dziś natomiast nastąpiła akcja ratunkowa ekspresów. Pojechaliśmy z Kasią po zajęciach w felerne miejsce. Jak się okazało, ekspresy wisiały sobie spokojnie (a kto miałby je stamtąd zabrać?). Udało się wyprosić właściciela knajpki, żeby pozwolił przejść przez swoje włości do miejsca wspinaczkowego. Długo męczyłem się  z drogą, zdaje się, że psycha lekko siadła mi po ostatnim razie. Zwłaszcza, kiedy zadzierając głowę do góry, widziałem latające osy. Doszedłem do ostatniego ekspresu, popatrzyłem jeszcze raz na gniazdo i zdecydowałem, że lepiej nie kusić losu. Zjechałem w dół, zbierając 4 z 5 wiszących ekspresów. Bo lepszy wróbel w garści, niż pokąsane ciało.