Następnego dnia po trekkingu wstajemy nieśpiesznie, musimy się wylogować z hostelu, bo wieczorem chcemy już złapać pociąg do Hanoi. Pakujemy się zatem, zostawiamy rzeczy w hostelu i idziemy jeszcze powdychać trochę górskiego powietrza. Dziś jednak chcemy zejść z głównych ulic i zajrzeć trochę za kulisy Sapy. Wychodzimy więc na przedmieścia  i skręcamy w małą alejkę. A z niej jeszcze w kolejną. Kolejni napotkani ludzie pozdrawiają nas wesoło machając rękoma. To ciekawe, bo w centrum już otoczeni bylibyśmy przez sprzedające lokalne wyroby babuszki. A tu nic – znaczy, że tutaj turyści nie zaglądają. I o to nam też chodziło.

W pewnym momencie jedna z pań stojących przy swoim domostwie, zaprasza nas gestem dłoni do wewnątrz . Takie zaproszenia to niepowtarzalna okazja  na to, żeby zobaczyć jak żyją lokalni ludzie, zjeść z nimi posiłek, dowiedzieć się czegoś nowego i to z pierwszej ręki. Bardzo sobie cenimy taką inicjatywę lokalsów, która jest też przejawem zainteresowania i szacunku dla obcych.

Mieszkanko jest dość surowo wykończone – gołe betony na podłodze, ścianach i suficie. Najważniejsze, że jest stół, przy którym siedzi już najprawdopodobniej głowa rodziny – mężczyzna uśmiecha się do nas, wstaje i wyciąga z kredensu nalewkę, zapewne własnej roboty. Pieruńsko ostra, a zapitki brak. No nic, oni nie zapijają, to my też nie będziemy. Nagle pojawia się jeszcze jedna osoba – to Manh, jedyny syn w rodzinie (bo są jeszcze dwie córki). Mówi trochę po angielsku, ale dogadujemy się z nim lepiej po chińsku. Okazuje się, że jest on przewodnikiem turystycznym w Hanoi. Wrócił do rodzinnego domu na Tet, Chiński Nowy Rok, który jest również obchodzony we Wietnamie.

Głowa rodziny wyciąga nalewkę z kredensu.

Na stole lądują kolejne potrawy – ryba, warzywa, jakiś gęsty sos oraz ryż z mięsem zawinięty w liść bananowca. Manh bardzo sprawnie dzieli ryż na 8 części, nie używając do tego noża. Bo nie wolno, tylko nie wiemy dlaczego – może przynosi nieszczęście? Manh nie potrafił wytłumaczyć. Ryż ma konsystencję papki, więc czuję się jakbym przeżuwał bardzo gęsty klej. Ryba i warzywa bardzo smaczne, do tego ciekawie smakujący sos.

Po zakończonym posiłku Manh zabiera nas na tyły domu, żeby pokazać nam swój ogródek.  Uprawia w nim różne warzywa, a także kilka drzewek owocowych. Dostajemy nawet po kilka gałązek z drzewka mandarynkowego (które z resztą widujemy wszędzie we Wietnamie, bo jest to symbol nowego roku).

Kasia, Manh i drzewko mandarynkowe

Widok na Sapę z ogródka Manha

Wracamy do środka. Manh pokazuje nam swój pokój. Według standardów europejskich, nie wiem czy można to nazwać pokojem. Było to coś na kształt małego przechodniego pomieszczenia, w którym upakowano kolejny stół, fotele, sofę oraz… ołtarzyk modlitewny ze zdjęciem babci. Siadamy na fotelach i konwersujemy. Gdy tematy się wyczerpują (a raczej zasób słownictwa Manha), wymieniamy się kontaktami i obiecujemy przesłać zdjęcia, które zrobiliśmy w Sapie (co też uczyniłem ). Czas na nas, musimy kupić bilety i zjeść coś przed podróżą (tak, wiem, że niedawno jedliśmy lunch, ale w czasie podróżowania nie je się wtedy, gdy się jest głodnym, tylko kiedy ma się dostęp do jedzenia ). Dziękujemy za poczęstunek i gościnę i wracamy do centrum Sapy.

Pokoik Manha, w tyle widoczny ołtarzyk i zdjęcie babci

Po powrocie do hostelu, z którego odbieramy bagaże, poznajemy parę Polaków – Beatę i Tomka, którzy podróżują dookoła świata. Wymieniamy się kontaktami, zarzucamy plecaki i żegnamy się z Sapą. Przed nami Hanoi, o którym usłyszeliśmy wiele niepochlebnych opinii. Zobaczymy jakie będzie na prawdę.