Czasami, kiedy staram się dogadać z Chińczykami dopada mnie myśl: “Jezu, czy to naprawdę z moimi podstawami chińskiego jest tak źle, czy to druga strona w ogóle nie ma ochoty i siły ruszyć głową i spróbować domyślić się, o co mi chodzi?” Coraz częściej jednak myślę, że nawet z moim chińskim, można by się trochę wysilić i spróbować zrozumieć rozmówcę.

Idziemy kiedyś z Denisem po pieczoną kaczkę. Denis prosi o to, żeby nie dodawali nic ostrego. Można to wyrazić dosłownie w 4 sylabach – “bu yao la de”. Denis oczywiście będąc uprzejmym używa nieco bardziej skomplikowanej konstrukcji. Obsługująca go kobieta patrzy na niego tępym wzrokiem i dorzuca “yyy?” Denis powtarza swoją prośbę, głośniej i wyraźniej. Tym razem sprzedawczyni nawet nie zwraca na niego uwagi. Denis wykonuje gest podobny do przedstawionego na powyższym obrazku, po czym grzecznie i z półuśmiechem płaci za kaczkę.

Z tego typu zachowaniem spotykam się niemal codziennie. Nie ma dnia, w którym Chińczycy albo by się nie śmiali z mojego chińskiego, albo robili wytrzeszcz oznajmiający “o co ci gościu chodzi?”. Kiedyś opisywałem już angielski w wykonaniu Chińczyków. Pomimo tego, że daleko im do perfekcji, zawsze staram się domyśleć, o co chodzi, nie śmiać się i nie poprawiać błędów za wszelką cenę. W zamian oczekiwałbym tego samego, a przynajmniej tego, że ktoś mi nie parsknie śmiechem w twarz. Tak to już niestety z nimi jest – z jednej strony po jednym zdaniu wychwalą Twój chiński pod niebiosa, z drugiej nie potrafią wczuć się w drugą osobę, zachęcić do rozmowy, zrozumieć bez robienia głupiej miny i szukania pomocy wśród wszystkich naokoło.

Dlatego wszystkich sinologom, pasjonatom i miłośnikom chińskiego składam wyrazy szacunku, a jednocześnie jednoczę się w bólu. I zastanawiam się, co Was wszystkich skłoniło do nauki tego języka…