W jaki sposób Polacy zwalczają swoje zdrowotne dolegliwości? I dlaczego nieświadomość nowych możliwości powoli zabija nas wszystkich?

Zadam Ci pytanie mój drogi czytelniku. Co robisz, gdy łamie Cię w kościach a twoja głowa ma zamiar eksplodować od wysokiej temperatury? Lub gdy pomiędzy twoimi nogami (Men: na sprzęcie Women: tam gdzie jest miło) pojawia się niezidentyfikowany obiekt o dziwnej barwie? Odpowiedź proszę wpisz w komentarzu natomiast ja opiszę Ci, co robi większość z nas i co mogłaby robić.

Sam wszystko najlepiej wiem

Prawdą jest, że nie przyznajemy się do wstydliwych dolegliwości a dodatkowo jesteśmy dość dumnym i wszechwiedzącym narodem. Dlatego też, gdy coś nam dolega zazwyczaj zasiadamy wygodnie przed matową matrycą naszego laptopa, odpalamy przeglądarkę i korzystamy z wiedzy wujka Google (tak naprawdę z wiedzy innych ludzi idiotów) Równie często bezpośrednio łapiemy się magicznej „apoteczki” i wpychamy w siebie kilkanaście uncji substancji zwalczających WSZYSTKO a zarazem NIC. Dlaczego coraz rzadziej sięgamy rad profesjonalistów? Czy dlatego że dzisiaj lekarze zachowują się nieetycznie? Może to wina niestrawionej jeszcze przez społeczeństwo ustawy o in vitro? A może, dlatego że obecny model korzystania z opieki medycznej jest wadliwy? Serio? …

W podstawie mamy do wyboru…

Oprócz leczenia się na własną rękę mamy również inne możliwości naprawy naszych przepracowanych organizmów. Zmagających się codziennie z toksynami, rakami, opryszkami i nerwami wywołanymi reakcjami niektórych ludzi kręcących się dookoła nas. Pierwszą opcją jest…

Publiczna służba zdrowia

Gdzie głównym sponsorem jest NFZ, (czyli my podatnicy). Przez niektóre osoby kochany, przez inne znienawidzony. Ponieważ podczas korzystania z publicznej służby zdrowia musimy liczyć się zarówno z kolejkami do samej rejestracji jak i bezpośrednio pod drzwiami gabinetu lekarza. Dodatkowo przez system „leczenia” nie możemy zbytnio liczyć na fachową pomoc lekarzy specjalistów, bo być może nie dostaniemy do niego skierowania. Dlaczego?

Podobno można dziedziczyć numerek do lekarza… jest nadzieja dla rodzin tych biedaków.

Bo wspomniany powyżej system jest tak skonstruowany, że lekarz dostanie pieniądze w całości tylko wtedy, gdy nie skieruje nas do specjalisty. A kiedy skieruje do specjalisty to mu zabierają 70% tego wynagrodzenia z tego jednego pacjenta. Czyli lekarze nie kierują do specjalistów, bo im się nie opłaca (wcale się im nie dziwię)

Nigdy nie miałem problemu z zarejestrowaniem się do dermatologa… do czasu nastania wielkich zmian, które zaszły 1 stycznia 2015. Od rozpoczęcia nowego roku my wszyscy potrzebujemy skierowania, aby dostać się zarówno do dermatologa jak i okulisty. No dobra jakoś to można jeszcze przeboleć, przecież poprosić swojego lekarza rodzinnego o skierowanie to nie wielka sztuka rodem dzieła operowego pt.” Orfeusz”. A jednak.

Wchodząc do lekarza zawsze jestem pełen entuzjazmu i naładowany pozytywną energią witam swego znachora zwrotem „Dzień dobry, Panie Doktorze”. Chcę w ten sposób szybko i bezboleśnie pozbyć się przypadłości, która tkwi w moim ciele uwierając niczym maciupeńka drzazga w palcu. Czasem ciężko jest utrzymać taki poziom energetyczny, szczególnie, gdy twój medyk nie odwzajemnia tego stanu, a nawet Cię nie zauważa. Patrzy bezinteresownie na swoje notatki, doszukując się większego sensu Twojego istnienia w jego gabinecie. Gdy wyjaśnisz mu już powód, dlaczego do niego przyszedłeś jednocześnie „prosząc” go (Ich trzeba jeszcze prosić) o skierowanie do lekarza specjalisty możesz poprzez przeżyty szok wywołany jego odpowiedzą spać z krzesła.

„Ale, po co chcę pan się udać do dermatologa, przecież wygląda pan na zdrowego, nie widzę argumentów abym musiał pana skierować do specjalisty”

Jajebie.pl od kilku lat zmagam się z niedoskonałościami skóry, może nie są one mega widoczne, ale są, chcę się ich pozbyć i wyglądać niczym Crystiano Ronaldo po przeróbce w Photshopie, a gość mi mówi, że nie ma potrzeby kierowania mnie do dermatologa. Dobrze, że miałem już umówioną wizytę kontrolną, więc był zmuszony wypisać to skierowanie. Od tego momentu zaprzestałem korzystać z Publicznej służby zdrowia. Niska, jakość obsługi, dyskomfort wywołany staniem w kolejkach, oraz długie terminy oczekiwania na wizytę spowodowały, że…

Zacząłem płacić za usługi medyczne

Płacisz, więc wymagasz. W przypadku prywatnej opieki medycznej ta zasada sprawdza się. Wchodzisz uderzając z kopyta w drzwi gabinetu lekarza, a on grzecznie wita Cię z uśmiechem na twarzy i chętnie służy Ci pomocą. Jednak rolę zamieniają się, gdy musimy zapłacić za jakże wysoką, jakość obsługi. Teraz to my ze spuszczoną głową grzecznie sięgamy po portfel, wyciągając z niego ostanie grosze i z ogromną niechęcią wręczamy je doktorowi. On zaś dalej uśmiecha się, mając świadomość tego, że do niego jeszcze wrócimy.

Gdy doznałem pierwszego poważnego napadu padaczki, nieświadomy, co dokładnie mi dolega, wiedziałem, że DUŻO zapłacę za leczenie. Szczególnie, że nie byłem w tamtym okresie ubezpieczony. Żyłem na speedzie przygotowując się do służby wojskowej, codziennie trenując zarówno fizycznie jak i psychicznie, doprowadzając swój organizm do kresu wytrzymałości. W jednej chwili wszystko się odmieniło. Zamiast biegać po poligonie, siedziałem pełen stresu na zielonym krzesełku w szaroburym korytarzu, oczekując postawienia diagnozy (którą już znałem) niczym skazaniec na wyrok śmierci. Ile za to wszystko zapłaciłem? Jedna wizyta u neurologa kosztowała mnie 120 zł, a odwiedziłem go czterokrotnie. Dodatkowo badanie EEG kosztuje 110 zł a za rezonans magnetyczny głowy musimy zapłacić 500 zł. W ciągu niespełna 12 miesięcy byłem zmuszony wykonać rezonans magnetyczny trzykrotnie. Nie wspominam już o lekach, ponieważ one akurat są stosunkowo tanie, ale podsumowując w ciągu roku na postawienie dokładnej diagnozy i rozpoczęcie leczenia wydałem około 2090 zł! Zostałem bez pracy, bez kasy i z nowo poznaną przyjaciółką, której nienawidzę, choć otworzyła mi oczy i dała nowe możliwości.

Alternatywa istnieje już od dawna.

Ponad 80 % Polaków jest niezadowolona z publicznej opieki zdrowotnej, leczenie prywatne jest po prostu drogie, a leczenie na własną rękę przynosi często więcej szkody niż pożytku. Czy istnieje, więc alternatywa na obecny system ?. Tak istnieje i to już od 1997r. A o co chodzi dokładnie? Mianowicie o abonamentową opiekę medyczną, dzięki której dostajemy dostęp do lekarzy specjalistów i badań bez konieczności oczekiwania na wizytę XXX lat, bez limitu, dla każdego. Oszczędzając czas i pieniądze, jednocześnie dbając o swoje zdrowie na najwyższym poziomie. Fajnie nie? Ale jak to działa?

Z tym wpuszczają mnie wszędzie… nawet do klubu Go Go

Niedawno minęło pół roku od czasu ostatniej wizyty u dermatologa. Przez ten okres powinienem pojawić się u niego minimum 2 razy. Lecz wiadomo, z czym by się to wiązało (długi okres oczekiwania, kolejki a być może i potrzeba udania się po kolejne skierowanie) a cel w postaci wyglądu Christiano Ronaldo czeka. Posiadając swój pakiet medyczny mam dostęp do całodobowej infolinii, przez którą rejestruje się do lekarza. Brzmi fajnie, ale jak działa to w praktyce? Aby to sprawdzić zadzwoniłem o 23: 11 w piątek (a co tam płacę, więc wymagam) Nawet nie usłyszałem dźwięku sygnału i już przywitała mnie automatyczna sekretarka prosząca o wybranie odpowiedniego numeru. Zbytnio jej nie słuchałem, więc wcisnąłem pierwszy lepszy numer i spokojnie wsłuchiwałem się w melancholijną piosenkę, która samoistnie zaczęła pogrywać. Kilkadziesiąt sekund i słyszę w słuchawce piękny, ciepły dziewczęcy głos, który serdecznie mnie wita. Pierwsza myśl „Kurczę, rzeczywiście nie śpią” Druga myśl „trzeba zacząć gadać”

Ja: Dzień dobry (o 23: 11) chciałbym zarejestrować się do dermatologa.

Pani Info: Oczywiście, proszę powiedzieć, w jakim mieście chcę pan skorzystać z usługi?

Ja: Elbląg

Pani Info: Proszę powiedzieć, jakie mam pan preferencję, co do lekarza?

Tutaj osłupiałem. Preferencje? What the Fuck? Co to randka w ciemno? Ok jakoś z tego trzeba wybrnąć.

Ja: Chciałbym żeby to była Pani doktor w średnim wieku, atrakcyjna, doświadczona w swoim zawodzie.

Pani Info: „Kilkunastominutowa beczka śmiechu”… Postaramy się spełnić pańskie oczekiwania. Jaki termin pana interesuje?

Ja: Środa w godzinach popołudniowych.

Pani Info: Dobrze, w poniedziałek zadzwoni do pana konsultant i przedstawi panu dogodne terminy, blablablabla.

Pani na infolinii dotrzymała słowa i w poniedziałek odebrałem telefon otrzymując propozycję wybrania jednego z dwóch terminów. Przystałem na jeden z nich (środa po południu) zostałem dodatkowo poinformowany, że jutro otrzymam sms ‘a wraz z kodem, który muszę podać w recepcji kliniki, do której mnie skierują. A jak wyglądała sama wizyta u lekarza? Nie miałem nawet zielonego pojęcia, że taka klinika istnieje w moim mieście (była po prostu cholernie droga) w recepcji uprzejmie mnie przywitano i podano informacje dotyczące lokalizacji gabinetu i że doktor już na mnie czeka (dziwne uczucie, do tej pory to ja czekałem). Przechodząc korytarzem byłem mega zszokowany widokiem braku krzesełek i kolejek, a widok pozłacanej tabliczki, na której wygrawerowane było nazwisko lekarza robiło wrażenie. Niestety przywitał mnie Pan a nie Pani doktor tak jak tego chciałem, ale to szczegół. Gość był doświadczony i konkretny. Szybko mnie obadał, postawił diagnozę i wypisał potrzebne leki, które przynoszą zamierzony efekt. I co? To działa! Opłacam, co miesiąc abonament, tak samo jak miliony opłacają abonament za telefon, Internet czy inne usługi i cieszę się z dostępu do ponad 24 lekarzy specjalistów, ponad 230 badan diagnostycznych i wielu innych usług. Można?

Tak na zakończenie. Czy ktoś z nas planuje chorować? No właśnie, a jakoś każdy z nas choruje…