Drugiego dnia w Muang Ngoi Neua decydujemy się na wycieczkę po okolicznych wioskach. Dzień rozpoczynamy od wybornego śniadania – na jednej z głównych uliczek wioski, znajduje się miejscówka, w której płacąc jedyne 10.000 kipów, ma się do dyspozycji cały bufet, oferujący naleśniki (tak, sławne laotańskie naleśniki :P), makaron, ryż, bułeczki, ananasy, dżem. Napoje dodatkowo płatne, ale całość zamyka się w rozsądnej cenie 3 euro na głowę.

Rozdzielamy się z grupą znajomych, ponieważ nie chcemy mieć “ogona” – ich towarzystwo było przednie, natomiast trochę za długo trwały sprawy organizacyjno-logistyczne, stąd jedynie z Kristofem ruszamy na poszukiwania wioski Bana. Zanim opuścimy jednak Muang Ngoi Neua, decydujemy się odwiedzić jeszcze jedną jaskinię i punkt widokowy. Oczywiście należy uiścić opłatę za wejście na górę, w której znajduje się jaskinia. Tak jak pierwszego dnia, Kristof nie zapuszcza się w jej głąb, nie pytamy czy ma jakieś opory, po prostu idziemy sami. Jest to najgłębsza jaskinia z dotychczas odwiedzonych w Laosie. Nie dochodzimy do jej końca, ponieważ Kasia zaczyna czuć się nieswojo – pod sufitem zaczyna latać coraz więcej nietoperzy. Wracamy zatem, wychodzimy na zewnątrz i idziemy na punkt widokowy – zdecydowanie warto zajrzeć w to miejsce, widok jest niesamowity.

Taki własnie widok rozciąga się z najwyższego punktu góry.

Po drodze zauważamy taki oto ciekawy okaz gąsienicy

Po zejściu z góry, ruszamy tą samą drogą, którą szliśmy dzień wcześniej. Mijamy wejście do jaskini, potok, w którym wcześniej się kąpaliśmy i idziemy przed siebie. Po 20 minutach, po przekroczeniu rzeki, trafiamy na rozwidlenie na drodze – skręcamy w prawo i po następnych 15 minutach docieramy do wioski Bana. Mijamy drewniano-wiklinowe domki, uśmiechnięte dzieciaki otaczają nas, żywo zainteresowane przybyszami.

Kristof nie może się odpędzić od dzieciaków po tym, jak zrobił im zdjęcie i pokazał na wyświetlaczu swojego aparatu

Urządziłem też małą akcję high-5 z dzieciakami

High-5!

W Banie zjedliśmy mały posiłek, odpoczęliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Chcieliśmy wrócić do miejsca, w którym droga się rozwidlała i skręcić w drugą dróżkę. Po drodze mijaliśmy znaki informujące o możliwości przenocowania we wiosce, do której zmierzaliśmy. My jednak zamierzaliśmy wrócić do Muang Ngoi Neua, bo tam mieliśmy swoje rzeczy, a następnego dnia z rana mieliśmy łódkę powrotną do Nong Khiaw.

We wioseczce Bana

Po dojściu do kolejnej wioski, której nazwy nie udało mi się namierzyć (albo to tylko moja zawodna pamięć ), zostaliśmy zaproszeni przez starszą kobietę do rozgoszczenia się na tarasie jednego z hosteli. Zostały nam od razu zaproponowany zachodni specjał – mirinda o smaku… truskawkowym (smakowała jak rozwodniona landrynka). Po kilku minutach pojawił się też właściciel, który od razu zaczął częstować nas lao-lao, produkowaną lokalnie whisky. Pomimo tego, iż nie zostawaliśmy na noc, gospodarz odmówił zapłaty za trunek. Zapewniliśmy go jednak, że powinni się tu zjawić nasi towarzysze, którzy planowali spać we wiosce. I rzeczywiście, w momencie, gdy chcieliśmy się zbierać, nadciągnęła parka naszych Hiszpanów oraz Szwajcarów. Pożegnaliśmy się z nimi serdecznie, bo nasze drogi się w tym miejscu rozchodziły, i wróciliśmy do Muang Ngoi Neua.