Tak jak Kasia pisała w poprzednim poście, ruszyliśmy na poszukiwania ścianki wspinaczkowej Flying Eagle (to może być nie-flying? orzeł-nielot? 😛 ). Szukaliśmy jej chyba z 1,5h, łażąc po jakichś osiedlach, hotelach i innych instytucjach. Jak zwykle panowała szeroko zakrojona niewiedza. Trudno jednak się połapać, jeśli na ulicy zostały zmienione tabliczki z numerami domów, a o tym nie wiedzieli nawet tubylcy. W końcu znaleźliśmy wewnętrzny dziedziniec osiedla, na którym stały wypasione Land Rovery z naklejkami chińskiego stowarzyszenia podróżników i eksploratorów. Od razu pomyślałem, że ci ludzie muszą wiedzieć, gdzie jest ta ściana. Siedzibę stowarzyszenia znaleźliśmy w opuszczonym i zaniedbanym budynku (nie to, żeby to była jakaś nowość). Przynajmniej ziomek, który nas powitał był bardzo pomocny – mówił po angielsku i był dobrze poinformowany. Powiedział, że ściana została zamknięta z powodu rozbiórki budynku. Stwierdził również, że może po Bożym Narodzeniu zostanie znów otwarta, jakoś jednak w to nie wierzę. Jednak cieszymy się z nawiązanego kontaktu. Okazało się, że ziomek ów był speleologiem. A że grotołazikowanie może być równie ekscytujące, co wspinaczka, może udałoby się kiedyś w przyszłości pobawić się w to trochę. Choć nie wiem, czy chcę się uczyć tego fachu od chinoli 😛

Nie tracimy zatem zapału, jutro wyruszamy na poszukiwania kolejnej ściany o wdzięcznej nazwie Red Point. Mamy nadzieję, że trafimy do niej łatwiej niż dziś i że będzie jeszcze istniała 🙂