Gdy obudziłem się dwa dni temu byłem święcie przekonany o tym, że wszystko, co czułem, widziałem i przeżyłem podczas tegorocznych świąt wielkanocnych było tylko obrazem, jaki stworzył mój umysł podczas snu. Jednak to wydarzyło się naprawdę.

Przez ponad dwadzieścia parę lat, jakie zdołałem szczęśliwie przeżyć. Pamiętam, że gdy tylko nadchodziły święta wielkiej nocy to ogromnie rozpierała mnie radość na myśl o wszystkich atrakcjach, jakie mnie czekają.

Te wszystkie posiłki konsumowane w rodzinnym gronie gdzie głównym składnikiem wszystkich potraw jest jajko. Te ogromne ilości słodyczy – zajączki, jajeczka, kurczaczki, baranki – no i rzecz jasna mandarynki, które spożywa się aż do wystąpienia odruchu wymiotnego. Te poszukiwania prezentów, które specjalnie pochował wielkanocny zajączek, walki na jajka pokazujące to, kto w rodzinie ma największe i najtwardsze i oczywiście wielki finał — śmigus-dyngus — podczas którego beztrosko się bawimy oblewając się wzajemnie wodą marnując jej hektolitrowe ilości — zapominając o tych wszystkich spragnionych dzieciach Trzeciego Świata, które walczą w ciągu dnia choć o jedną kroplę zanieczyszczonej wody. Nie zapominajmy jeszcze, z jakiego powodu obchodzimy Wielkanoc. Najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie upamiętniające zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. To czas, w którym każdy powinien się radować.

Mój króliczek wielkanocny

Kumulacja negatywnych emocji wypada nawet w święta Wielkiejnocy

Tak to już jest. Zwłaszcza gdy ma się już dosyć tego, co się dzieje w miejscu pracy, musząc zapierdalać za trzech, przez cztery dni z rzędu i to tuż przed zbliżającymi się świętami. Pewnie nie jedno z nas zadaje sobie w takich chwilach pytanie;

-I jak ja mam się przygotować na zmartwychwstanie Jezusa ? Skoro nie mam, kiedy ugotować jajek.

Dodatkowo to uczucie „rozrywania” jakie — gdyby tylko mogła — najlepiej opisałaby szmaciana laleczka rzucona w grupkę dzieciaków, które nigdy w życiu nie widziały na własne oczy żadnej zabawki. Każde takie dziecko chcę się przez chwilę nią pobawić, poznać jej budowę i przeprowadzić kilka niewinnych eksperymentów. W życiu wygląda to tak, że każdy coś od nas chcę mówiąc nam;

-Gdzie mamy jechać ?

-Co załatwić ?

-Jak zrobić ?

-Kiedy wyjechać ?

-Co zjeść ?

-Jak wyglądać ?

-I jak się zachowywać ?

Można od tego zwariować.

Kumulacja powoduje, że człowiek nie wytrzymuje i wariuje. Tylko do jasnej cholery — dlaczego w tym roku wypadło akurat na mnie ? aby tuż przed Wielkanocą popaść w cholerną depresję. Wybuchnąć. Wypiąć się na wszystkich i oznajmić całemu światu, że w tym roku wypisuje się z listy osób obchodzących Wielkanoc. mając totalnie w dupie to, co powiedzą inni oraz to, co czują.

Wirusem depresji zaraziłem się już w czwartek – trzynastego. Szybko się rozwinął i zaatakował z całą siłą nie dość, że czternastego to jeszcze w trakcie mojej pracy. Nie odzywałem się do nikogo, nie złożyłem nikomu świątecznych życzeń, nie odbierałem telefonów od znajomych i przyjaciół oraz oznajmiłem swym bliskim, że w tegoroczną Wielkanoc się raczej nie zobaczymy. Stałem się potworem.

Wróciłem do domu po siedemnastej, zdjąłem jedynie buty i tak jak stałem, tak też położyłem się do łóżka i mając wszystkiego po dziurki w nosie po prostu zasnąłem. Spałem tak ponad osiemnaście godzin budząc się w sobotę, przez której większość głównie i tak leżałem w łóżku mając w głowie totalną pustkę. Tego dnia mój największy wysiłek polegał na odwiezieniu mojej dziewczyny na dworzec PKP, która miała do pokonania dwieście kilometrów, aby spotkać się ze swoją rodziną.

Wróciłem do domu i sam już nie wiem, czy to przez samotność, jaka mnie otacza czy też przez wszystkie proszki tego świata, jakie zaprosiłem do swojego organizmu, aby przeprowadziły wielki proces oczyszczania. Zacząłem myśleć, analizować, wyciągać wnioski i na samym końcu. Stworzyłem nowy plan, w którym znalazło się jeszcze nieco czasu na to, aby poczuć magię Wielkanocy. Czułem się tak jakbym zmartwychwstał.

Cud zmartwychwstania. Pakuje się, kupuje bilet i spędzam Wielkanoc z bliskimi

Lecz przed moim zmartwychwstaniem czekała mnie jeszcze walka z własnym krzyżem, jaki w pierwszej kolejności musiałem zbić z niezbędnych rzeczy przydatnych mi podczas drogi krzyżowej, jaka czekała mnie do pokonania. Jego przygotowanie zajęło mi nieco czasu co było bezpośrednią przyczyną mojego wyczerpania fizycznego. Mało spałem. Może z jakieś niecałe trzy godziny. To zbyt mało, aby przeciętny człowiek mógł przeżyć i zapamiętać wszystkie uczucia, osoby oraz niedogodności, jakie mu podczas niej towarzyszyły. Ale przecież ja jestem nadczłowiekiem i niestety wszystko pamiętam bardzo dobrze.

Wszystko to, co czułem w Niedzielę Wielkanocną

Czułem ogromne rozdrażnienie spowodowane z jednej strony małą ilością snu z drugiej świadomością tego ile kilometrów muszę pokonać i jakie niedogodności znieść tego jednego dnia, aby choć w ułamku posprzątać bałagan, jaki narobiłem dookoła siebie.

Nadal odczuwałem pustkę w głowie, jaka towarzyszyła mi przez ostatnie kilkadziesiąt godzin. Cholernie jej nie lubię bo daje mi nieraz do zrozumienia, że nie ma żadnego sensu życia, żadnego większego planu naszego istnienia o ile sami go sobie nie nadamy czy stworzymy.

Czułem ten cholerny ból w dolnej części mojego kręgosłupa, z jakim borykam się już od dłuższego czasu. I muszę z przyznać, że on się coraz bardziej pogłębia mimo tych ćwiczeń, prawidłowej postawy ciała, jaką staram się utrzymać przez większość dnia i innych pierdół mających uśmierzyć ten ból. W wielką niedzielę był tak silny, że momentami całe moje ciało drżało.

Wszystkie niedogodności, jakie musiałem znieść w Wielkanoc

Niewygoda, jaka towarzyszyła mi podczas przemieszczania się z punktu A do punktu B w dyliżansach naszych kochanych przewoźników regionalnych. Nie chodzi już nawet o te szumy dochodzące z zewnątrz pociągu w momencie, kiedy on jedzie. Nie chodzi o tych ludzi, dzieci i zwierzęta, które nie potrafią wytrzymać w ciszy dłużej niż pięć minut. Chodzi o te jebane niewygodne krzesełka, od których drętwieje dupa a ból kręgosłupa nie ustaje tylko się pogłębia. Sam już nie wiem, czy to one są źle zaprojektowane ? Czy może to ja nie potrafię na nich siedzieć ?

Ten dyskomfort, jaki dało się odczuć w dolnych partiach mojego ciała wywołany nieprzemyślanym połączeniem słonego i słodkiego jedzenia oraz nieustannego przechodzenia od stołu znajdującego się w jadalni do tego stoliczka w salonie służącego do popijania kawki.

Moje śniadanie

Ten czas — ponad półtorej godziny — jaki musiałem spędzić na dworcu PKP w Tczewie, na którym roiło się od meneli nieświadomych tego, jaki dziś jest dzień. W pewnym momencie poczułem się jak jeden z nich. Przecież siedzę na dworcu po dwudziestej pierwszej i jedyne co mam to plecak w połowie pusty a w połowie zapełniony kosmetykami.

Wszyscy, których widziałem, słyszałem i obserwowałem

Ta dziwna rodzinka pochodząca z Niemiec składająca się z Mamy, Taty i dwójki małych dzieci z ogromnymi plecakami turystycznymi, jakie targali na swych plecach. Wyglądali jakby przygotowywali się na nadejście końca świata i nie marnując czasu na jakieś tam wielkanocne duperele poszukiwali schronu. Gdzieś tam – hen daleko. Nierealny widok.

Pamiętam moment dojazdu do Malborka, kiedy do pociągu wsiadły dwie kobiety. Nie widziałem jak wyglądały ale z ożywionej dyskusji, jaką prowadziły przez całe dwadzieścia minut można było łatwo wywnioskować, że to matka z córką.

-Mówiłam Ci, że masz wziąć ten sweterek !

-Dobra przestań już. !

-Miałaś zabrać ten sweterek ale nie. Jak zwykle…

-Dobra przestań już ! Ja się cieszę, że zdążyłam na pociąg a ty mi wyskakujesz mi z jakimś sweterkiem.

-Bo miałaś go zabrać ale ty jesteś nieogarnięta… Bo jakbyś wstała wcześniej to na pewno byś go spakowało.

-Dobra. Ja wiem jakie błędy popełniłam i nie musisz mi ich przypominać. Przestań już gadać bo mam tego dosyć !

Kurwa i tak przez całe dwadzieścia minut. W trakcie przesiadki ujrzałem ich twarze i tylko pogorszyłem sobie humor.

Musiałem się przesiąść i liczyłem, że moje warunki podróży ulegną poprawie. Ale jedyne co się zmieniło to wiek, wygląd oraz relacje dzielące osoby wspólnie se sobą podróżujące – to znaczy kłócące się ze sobą. Tym razem była to elegancko ubrana pani po pięćdziesiątce oraz jej partner – gbur ubrany w dres który podczas tegorocznych świąt wielkanocnych przebywał na przepustce z zakładu karnego.

Nie mogę zapomnieć o tych wszystkich menelach, żulach i bezdomnych, którzy wspierali mnie w trudnych chwilach, jakie spędziłem na dworcach PKP. Było mi zimno. Byłem głodny, spragniony a w dodatku się bałem. To oni pierwsi wyciągnęli do mnie rękę i otoczyli mnie swym ciepłem. Żartowałem. Wkurwiali mnie swoją obecnością.

Najgorszy z tego wszystkiego był jednak widok bladej twarzy z podkrążonymi oczami. Nie zdradzała ona żadnych emocji – taki poker face. Jedyne co można było z niej wyczytać to ból i smutek. Kurwa mać. Przecież to moje własne odbicie, jakie co jakiś czas widziałem w lustrze podczas krótkich odwiedzin w łazience.

Tak wyglądała moja droga krzyżowa i moje zmartwychwstanie, które zresztą nadal trwa. Liczę na to, że do świąt bożego narodzenia wszystko skończy się dobrze. Odnajdę magiczny środek, dzięki któremu codziennie, równo o szóstej rano będę wstawał z łóżka naładowany pozytywną energię. Będę źródłem nieskończonej motywacji. Z wielkim entuzjazmem będę realizował każde zadanie, jakie sobie wyznaczę. Nie będę odczuwał żadnego bólu ani zmęczenia fizycznego i pozbędę się ze swojego otoczenia „złodziei czasu” oraz jednostek negatywnie wpływających na moją osobę.