Zazwyczaj ci, którym zdołałem, w jakiś sposób pomóc często zapominają mi podziękować – ale wcale tego od nich nie oczekuje. Tym którym nie pomogłem mają mi to za złe. Są jeszcze jedni…

Są jeszcze takie osoby, które to wszystko obserwują. Szczególnie to — komu pomagam ? Kiedy ? I w jaki sposób ? Patrzą, komentują, mruczą coś pod nosem, robią dziwne miny, podsłuchują rozmowy i na samej mecie tego procesu „pomocy”, jaki udało mi się przeprowadzić uszczęśliwiając potrzebującego… Walą w moją stronę tekstem – Jesteś Caritasem.

Tylko wiecie takim jednoosobowym. Bez regonu, nip-u i KRS-u. Nie pomagam globalnie, a nawet nie mam ani jednego oddziału, w którym pomagają wolontariusze za tak zwany frajer. Nie mam zamiaru budować miasteczek dla imigrantów ani przyjmować do swojego domu biednych sierot z bliskiego wschodu.

Pomagam wyłącznie lokalnie. Zazwyczaj osobom przebywającym w moim najbliższym otoczeniu.

Czy pomaganie to jakaś patologia ? Co wy ?… Nie pomagacie ?

W dzieciństwie byłem spokojnym dzieckiem umiejącym samodzielnie znaleźć sobie zajęcie, aby nie szargać nerwów starszyźnie pochłoniętej wykonywaniem codziennych obowiązków. Pamiętam jak wraz z rodzicami odwiedzaliśmy członków naszej licznej rodziny – ciotki, wujków i kuzynostwo. Podczas których dorośli siedzieli przy stole streszczając to, co się wydarzyło w życiu każdego z nich od czasu ostatniego spotkania. Popijali kawkę, wcinali ciastka, śmiali się, nie liczyli czasu i nie zauważali tego, że my dzieci – ja wraz z moim bratem – nudzimy się. Mój brat nie był i nadal nie jest spokojny i to zawsze on pierwszy podrywał się ze starej kanapy, latał wokół stołu zakłócając przebieg rozmowy starszych i wrzeszczał wniebogłosy;

– Kiedy jedziemy do domu !? Ja chcę do domu!

Ja byłem nieco inny. Czasem, gdy warunki miejsca odwiedzin na to pozwalały. Wychodziłem na ogród i zabijałem czas obserwując otaczający mnie świat. Pamiętam jak nie raz podpatrywałem życie tętniące w jednym z licznych mrowisk. Widziałem jak małe mróweczki targają białe miniaturowe jajeczka, patyczki, jedzenie, i inne graty, które nagle znikały w jednej z setek czarnych dziurek wydrążonych w ziemi. To było coś niezwykłego – swoją drogą wiecie, że;

Przeciętnie mrówka może podnieść od 5 do 20 razy więcej, niż sama waży

Mimo takiej siły one również od czasu do czasu potrzebują pomocy podczas realizacji niektórych zadań. Pamiętam jak wspólnie łączyły siły, aby przenieść z punktu A do punktu B patyczek od lodów – tak niewielki dla ludzi i jakże ogromny dla nich – mrówek. Mimo że bardziej przypominało mi to bitwę o to, która mrówka ma to zrobić to o dziwo zawsze im się udawało osiągnąć cel. Może jest to tylko moja autorska teoria – niepoparta jakimikolwiek pracami naukowymi na ten temat – ale wydaje mi się, że one sobie pomagały. Chyba nawet bezinteresownie — tak mi się przynajmniej wydaje.

Pewne badania pokazują, że już od kilku lat, średnio o jakieś dwa do trzech procent w skali roku, spada liczba tych, którzy pomagają, a wzrasta tych, którzy tego nie robią. Gdy pokonuje niezliczone kilometry robiąc zakupy, wracając z pracy czy po prostu spacerując przez miasto. Natrafiam czasem na wolontariuszy. Wiecie, tych ze smutnym wyrazem twarzy podsuwającym naszej świadomości myśl, że czegoś od nas chcą. Są skromnie ubrani a ich głównym narzędziem pracy jest puszka, do której ludzie wrzucają datki. Ta mała puszeczka udekorowana jest zazwyczaj w zdjęcie osoby cierpiącej z powodu jakiejś nieuleczalnej choroby. Ci smutni rycerze zwani wolontariuszami zagadują do każdego przechodnia- czasem nawet kilkukrotnie — informując nas:

-Jaką instytucje reprezentują ?

-Kto potrzebuje pomocy ?

-I dlaczego ?

Gdy jestem w stanie to coś wrzucę. Czasem pięć złotych, czasem dwa złote a niekiedy tylko symboliczną złotówkę. Czasem pozbędę się wszystkich drobnych groszy, które uwierają mój portfel wzbudzając na twarzy wolontariusza uśmiech, który obserwuje jak nieudolnie próbuje wcisnąć naraz w tą małą dziurkę wydrążoną w puszce, kilka zbitych w jedną bryłę monet. Czasem nic nie wrzucam i przechodzę obok tych smutnych twarzy totalnie obojętnie. Natomiast zawsze ale to zawsze w takich sytuacjach słyszę komentarze pokroju;

-Znowu próbują wyłudzić od nas pieniądze wciskając nam kity o chorych dzieciach. Stary numer.

-Weźcie się za porządną robotę i sami przelejcie potrzebującym pieniądze !

-Mi nikt nie ma jak pomóc to i ja nie pomogę !

-Niech najlepiej ze sobą skończą i będzie po problemie.

Przykre. Zwłaszcza że większość takich komentarzy pada z ust osób w wieku 60+.

CBOS wyjaśnia, że dzieje się tak ponieważ nie ufamy ani sobie, ani organizacjom pozarządowym, które podejrzewamy o nadużycia i prywatę. Specjaliści tłumaczą również że nie pomagamy ponieważ żyjemy w przekonaniu, że nas na to nie stać i musimy w pierwszej kolejności skoncentrować się na sobie i najbliższych. Do tego dochodzi nieustający głód konsumpcyjny, jaki próbujemy zaspokoić, a który powstał jeszcze za czasów PRL-u, kiedy to w sklepach dominowała pustka. Tak twierdzą specjaliści. My sami natomiast usprawiedliwiamy się najczęściej tym, że brakuje nam czasu.

Zaraz ale to nie jest wpis o tym, dlaczego Polacy nie pomagają ? Przecież to wpis o mnie i o tym jakim cudem stałem się Caritasem ?

Gdy pomagam znajomym to mówią, że jestem Caritasem

Nie robię problemów znajomym, którzy dzwonią do mnie i dzielą się swym małym problemem, jakiego nie są w stanie samodzielnie rozwiązać. Dobrze wiem, że chcą, abym pomógł im załatwić sprawę i zazwyczaj nie robię problemów, nie szukam wymówek i jeżeli jestem pewny tego, że mogę pomóc to zgadzam się i po prostu pomagam. Nie robię bóg wie czego. Zazwyczaj chodzi o drobne sprawy – jak np.:

– poprawienie CV bo ktoś poszukuje nowej pracy;

– pożyczenie drobnej sumy pieniędzy bo komuś niestarczy do pierwszego;

– wyjaśnieniu rzeczy, procesów i zjawisk osobie, która ich nie rozumie a ja odnajduje się w nich doskonale;

-przyjście i wysłuchanie tego, co ktoś ma do powiedzenia coś, co sprawia mu ból.

Czy rzeczywiście powyższe przykłady mojej pomocy, jaką udzielam znajomym są na tyle silne, aby potwierdzić teorie tego, że jestem Caritasem ?

Gdy pomagam członkom rodziny to mówią, że jestem Caritasem

Dostaje czasem telefon od kogoś z rodziny i wysłuchuje monologu, w którym zaszyfrowana jest prośba pomocy. Rzecz jasna nie robię scen i awantur choć czasem próbuje się dowiedzieć dlaczego właśnie to ja, a nie na przykład mój brat jest w stanie udzielić pomocy;

-Pokonując na własny koszt dwadzieścia pięć kilometrów, jakie dzielą mnie od domu rodziców i przerzucić dwadzieścia pięć ton opału, aby podtrzymać temperaturę ogniska domowego, jakie udało im się stworzyć;

-Sprawdzając, weryfikując, kupując, wykonując niezbędne czynności i przesyłając wszelkie niezbędne dokumenty, jakie są potrzebne mojemu ojcu, aby przylecieć na święta do domu i być z bliskimi;

-Zajmując się sprzedażą samochodu należącego do członków mojej rodziny rezygnując z prowizji;

-Dbając o to, aby moja mama w dniu walentynek została zasypana różami będącymi symbolem miłości, jaką darzy ją mój ojciec przebywający na emigracji;

Dlaczego ja, a nie mój brat ? Znam odpowiedź. Nie znają jej wszyscy ci, którzy widzą tylko to jak na zawołanie biegnę z pomocą swym bliskim. Dlatego też nazywają mnie Caritasem.

Gdy pomagam ludziom z pracy, klientom i nieznajomym to mówią, że jestem Caritasem

Bardzo poważnie traktuje swoją pracę – czasem zbyt poważne. Przykładam dużą uwagę do podstaw działania firmy, jaką rozwijam. Do licznych szczegółów, od których zależy to, czy jutro dalej będziemy istnieć na rynku mogąc rozwiązywać problemy, z jakimi przychodzą do nas nasi klienci jednocześnie walcząc z konkurencją, która nie śpi tylko czuwa i czeka aż popełnimy jakiś błąd. W jakimś stopniu jestem perfekcjonistą, którego co pewien czas nawiedzają myśli o tym, że wie więcej na temat tego, w jakim kierunku powinna rozwijać się firma niż gość odpowiedzialny za jej stworzenie. Jestem zdolny do poświęceń i bezinteresownej pomocy;

-Mogę przyjść w dniu wolnym do pracy i zrobić coś, co tylko ja jestem w stanie zrobić – i to dobrze. Mając świadomość, że nie otrzymam za to wynagrodzenia;

–Jestem w stanie za kogoś odwalić pracę, wtedy gdy ktoś inny nie może lub po prostu, gdy ktoś inny zawiódł i nie przyszedł do pracy

-Potrafię przejąć obowiązki innych – czasem swych przełożonych – utrzymując harmonię i porządek w miejscu pracy jakby nigdy nic się nie stało. Wiedząc, że jedyną nagrodą, jaka mnie czeka to jedno słowo – dziękuje.

–Oddaje za darmo swój czas klientowi przychodzącemu do mnie z małą pierdołą. Rozwiązuje jego problem i z uśmiechem przekazuje jego sprzęt mówiąc „proszę, już gotowe” normalnie powinienem wziąć od niego pieniądze.

–Chętnie pomagam nieznajomym, słabym, starszym osobom, które nie są w stanie wtargać swych zakupów na szóste piętro lub w ogóle wyjść z domu, aby je zrobić.

–I tak jak już wspominałem wcześniej. Od czasu do czasu wrzucę jakiegoś grosza wspierając tym drobnym gestem kogoś, kogo znam wyłącznie z krótkiej historii, jaką zdołał opowiedzieć mi wolontariusz.

Za każdym razem, gdy się w ten sposób poświęcę i udzielę pomocy. Słyszę w oddali łatkę, jaką przypinają mi ci, którzy to wszystko obserwują. Łatkę z napisem „jestem Caritasem”

Przecież nie robię nic wielkiego. Pomagam jak większość- tak mi się przynajmniej wydaje

Nie jestem milionerem i nie przekazuje potężnych pieniędzy na walkę z Aids czy też na ochronę zagrożonych wyginięciem panter śnieżnych, które i tak z czasem wymrą — przecież jak nie zrobią tego kłusownicy to zrobi to natura — prędzej czy później.

Wydaje mi się, że normą jest udzielanie pomocy swym znajomym, nawet jeżeli dobrze wiemy, że w zamian nic nie otrzymamy. Tak samo normą jest pomaganie swoim bliskim reprezentując ich w sprawach, w których się gubią lub których nie mają zielonego pojęcia. W chwilach ich bezsilności i uświadomieniu sobie, że jesteśmy ich ostatnią deską ratunku. Przecież to nic wielkiego pomóc rozwiązać problem nieznajomego czy klienta poświęcając na to pięć minut, kiedy on nieudolnie bez widocznych efektów borykał się z tym przez miesiąc.

Może żyję w błędzie a ci, którzy nazywają mnie Caritasem mają rację, że pomagam totalnie za frajer. Marnując przy tym swój czas, energię i liczne zasoby nie otrzymując nic w zamian. Mają rację, że przez takie pomaganie ułatwiam życie innym. Wykonując za nich — niejednokrotnie — proste codzienne czynności pogłębiając pewne uzależnienie — ja za wsze im pomogę, a oni wiedzą, że ją ode mnie otrzymają.

Każdy przecież ma prawo mieć własne poglądy na ten temat. Każdy posiada własne zasoby i narzędzia, dzięki którym może nieść pomoc. Każdy ma również prawo oraz chęć udzielać pomocy innym lub tego nie robić.

Ja po prostu pomagam. Żyjąc w przekonaniu, że kiedyś to do mnie wróci — w nieokreślonej na tą chwilę formie — i że kiedyś, kiedy sam będę potrzebował pomocy to znajdzie się ktoś, kto mi jej udzieli. Nie robię dużych rzeczy. Zaczynam od tych małych czynów ponieważ dobrze wiem, że przyjdzie jeszcze czas na zdobywanie wysokich szczytów.

Jestem tylko ciekaw co takiego na dzień dzisiejszy — oprócz wszystkich podziękowań oraz uszczypliwości — otrzymam jeszcze w ramach udzielania pomocy ?