Od początku lutego zajadamy się truskawkami. Są kusząco czerwone, soczyste i słodkie. Też byście zjedli? Zaraz zrzednie Wam mina, podobnie jak mi wczoraj wieczorem.

Krzychu wrócił ostatnio z 1,5kg siatą truskawek. W dwie osoby, choć niewiadomo jak “truskawkożerne” by były, ciężko zjeść taką ilość. Postanowiłam z części zrobić zupę owocową 😉 . Wrzuciłam je do gotującej się wody w garnku i po chwili ze zdziwieniem odkryłam, że truskawki straciły swój apetyczny, czerwony kolor. Zastałam blade truskawki pływające w czerwonej wodzie. Zaczęłam podejrzewać czy nie były farbowane… Podejrzenia te nie są wyssane z palca – w Nankinie natknęłam się na śliwki, po których jeszcze kilka dni miałam żółte palce! Widoczne farba zaczęła puszczać szybciej niż przewidział producent.

Dziś na zajęciach podzieliłam się swoimi przypuszczeniami z nauczycielką. Oto dostałam wykaz substancji , które najczęściej dodawane są do owoców:

barwniki (ranseji),
substancje powodujące zwiększenie objętości (pengdaji) – pamiętacie historie o wybuchających arbuzach? Ot, ktoś przesadził z “napompowaniem” ich,
substancje przyspieszające dojrzewanie (cuishuji),
popularne jest także woskowanie skórki owoców woskiem przemysłowym, bo jest tańszy

Porady nauczycielki:

nie jeść w knajpach, bo jedzenie jest przygotowywane w bardzo niehigieniczny sposób,
owoce, warzywa wrzucić do wody z proszkiem do pieczenia i solą (ma neutralizować część chemicznych paskudztw), moczyć min 15 minut,
kupować owoce, które można obrać ze skóry.

Mimo, że ona sama stosuje te wszystkie metody, badanie krwi wykonane podczas ciąży (chyba się wtedy robi jakieś poszerzone badania), wykazały nadmiar pestycydów we krwi!

Na samą myśl o tych wszystkich “pysznościach” rozbolał mnie brzuch ;/