Niedawno spotkało nas coś bardzo ciekawego. Otóż, wracaliśmy wieczorem autobusem (double deckerem) do domu. Weszliśmy na drugi poziom, gdzie siedziała parka Chińczyków. Co jakiś czas dziewczyna spoglądała na mnie, śmiała się, po czym dotykała twarzy swojego lubego. Czy chodziło o to, że ja mam zarost a on nie, tego nie wiem. Poprosiłem Kasię, żeby zapytała ziomali, o co chodzi. Ci byli w niezłym szoku, kiedy usłyszeli białasa szprechającego po kitańsku. Chyba musiało ich to tak poruszyć, że po wyjściu z autobusu dziewczyna zaczęła za nami biec. Zapytała czy nie skoczymy z nimi na browara. No dobra, czemu nie, choć jak nie będą mówić po angielsku, to ja znów będę siedział jak ten kołek. Prowadź do lokalu, panie Chińczyk. Po kilku minutach wchodzimy do całkiem ciekawie urządzonego pubu, gdzie jeszcze jest dość pustawo. Zamawiamy browara. Chińczycy pytają, czy chcemy jakieś przekąski. My na to, że niekoniecznie. Po chwili przychodzi kelner ze skrzynką piwa, ziarnami słonecznika, popkornem (słodkim!) i jakimiś suszonymi śliwkami (niezły miks, co? 😛 ).

Kasia odpowiada na standardowe pytania: co robimy w Chinach, gdzie się uczymy, czy Chiński jest trudny itp. Po pierwszej wymianie grzeczności, ziomek od razu pyta o ceny samochodów w Polsce, zarobki i tego typu rzeczy. Kasa, kasa, kasa… temat ciągnie się dość długo. Potem opowiadają nam o swojej pracy – robią coś związanego z herbatą i… SEO (pozycjonowanie stron internetowych). Jak powiedziałem im (poprzez Kasię oczywiście), że też interesuję się marketingiem internetowym, od razy zapalają się im iskierki w oczach. Tak, a pozycjonowałeś w Chinach? Dobry jesteś? Nie chcesz czasem pracować z nami? W Szanghaju to w takim zawodzie można zarobić furę pieniędzy. Mój znajomy ma samochody za …… dolarów. Cała konwersacja przybiera tego typu kształt. Potem jest typowe zapraszanie do wspólnych aktywności – wędkujesz? Nie? To ja cię zabiorę do takiego miejsca, że ci się spodoba. A do knajpy to na rekina cie wezmę, rekin jest dobry na męskie sprawy. Prowadzicie auto w Chinach? Nie możecie prowadzić w Chinach? Zabiorę was do mojego rodzinnego miasta, mój ojciec jest z partii, wszystko się załatwi. Srutu tutu, kilo drutu. Już trochę się nasłuchałem takich przyśpiewek, także wiem czym to się skończy – wymieniamy numery telefonów, grzecznie się żegnamy i opuszczamy lokal bez uregulowania rachunku (zrobiliby to i tak Chińczycy, niezależnie od tego czy byśmy się rzucili jak Rejtan z portfelem do kontuaru czy nie). Możemy zaliczyć spotkanie do tych jednorazowych, bo o czym my niby mielibyśmy z nimi jeszcze rozmawiać?

Wracając do mieszkania pomyśleliśmy sobie, jakie smutne życie muszą wieść tacy Chińczycy, skoro pierwszych lepszych białasów z autobusu wyciągają na browara. Wiadomo, że traktują to jako atrakcję – wejść do pubu z białasem, pochwalić się przed znajomym barmanem itp. Ale tematy, na które rozmawialiśmy co najmniej potwierdzają to, co niedawno usłyszeliśmy od Claude’a i Jerrego podczas lunchu – młodzi Chińczycy myślą tylko o kasie. Smutne, ale prawdziwe.